Usłyszałam
dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to listonosz albo sąsiadka z
naprzeciwka przyszła po cukier. Wzięłam tosta do buzi i otworzyłam
drzwi. Na początku oślepiło mnie poranne wschodzące słońce,
które w kilka sekund ogrzało moją twarz. Powietrze było wyjątkowo
chłodne, ale dzień zapowiadał się całkiem ładny. Zdążyłam
zauważyć kto przyszedł, zanim obraz mi się wyostrzył. Serce
podeszło mi do gardła, a żołądek wywinął fikołka tak, że aż
mnie zemdliło. Prawdopodobnie zrobiłam się blada jak ściana. Nie
uwierzyłam w to, co właśnie zobaczyłam.
*
-Samantha?
- głos nauczycielki wyrwał mnie z zamyślenia. -Panno Routh. Proszę
wstać – powiedziała surowo. Wstałam. -Mogłabyś odpowiedzieć?
-Nie
– warknęłam. Wzięłam swoją torbę i wybiegłam z sali. Przez
chwilę błądziłam po korytarzu, aż w końcu doszłam do jakiegoś
zaułka naprzeciwko męskiej toalety. Do oczu napłynęły mi łzy,
ale nie chciałam płakać. Nie tym razem. I nie znów przez niego.
Zsunęłam się po ścianie i usiadłam z twarzą w dłoniach. Nagle
usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi z łazienki, a zza nich
wyłonił się zarys chłopaka.
-Sam?
- powiedział.
-Lucas...
Co ty tu robisz? - zapytałam ocierając łzy z mokrych policzków.
-Raczej
ja powinienem cię o to zapytać – kucnął i położył ręce na
moich kolanach. -Co się stało?
-Nic.
Zostaw mnie – odparłam. -Proszę? - dodała po chwili. Chłopak
głęboko westchnął. -Daj sobie spokój. Po prostu idź na lekcje.
-Powiedz
mi do cholery co się stało! - krzyknął. Może
warto mu zaufać?
-Dzisiaj
rano... Mój ojciec... On tak po prostu przyszedł pod mój dom,
rozumiesz? Stanął przede mną uśmiechnięty, mówiąc „Wróciłem”.
Przez 8 lat nie dawał znaku życia. Po rozwodzie rodziców tak po
prostu zniknął – powiedziała opierając głowę o ścianę
-Nienawidzę go.
-Może
powinnaś tam wrócić i z nim porozmawiać? - zaproponował
-Nie
zamierzam
-Więc
zostaniesz w szkole do końca życia? U mnie nie przenocujesz, bo mam
drzwi obok twoich. Jedynie Emily...
-Znam
ją kilka dni – zauważyłam.
-A
mnie to niby ile? - odparł, po czym wstał. -Idę na lekcje, ty też
powinnaś. Albo się gdzieś schowaj, jutro powiesz, że się źle
poczułaś – dodał, uśmiechnął się i odszedł.
Cóż,
w zasadzie to była prawda. Nie czułam się najlepiej. Wstałam,
wzięłam torbę i pokierowałam się w stronę drzwi. Dziwne,
nie ma woźnej? Słyszałam, że pilnuje, żeby nikt nie uciekł z
lekcji. Zadowolona
wyszłam ze szkoły i poszłam do małej kawiarenki na rogu ulicy.
Zamówiłam latte i usiadłam w rogu. Po pomieszczeniu roznosił się
aromat świeżo prażonej kawy, poranny zgiełk dodawał miejscu
uroku. Kawiarenka była urządzona schludnie, na dębowych, ciemnych
stolikach leżały gazety, cukier i menu. Lada, znajdująca się
naprzeciwko wejścia była w kolorze stołów, przed nią stały
drewniane, barowe krzesła, na których siedziało kilkoro ludzi.
Wyjęłam z torby książkę od historii i przeczytałam temat z
dzisiejszej lekcji. Chwilę później ktoś się do mnie przysiadł,
więc przeniosłam wzrok z książki na tego kogoś.
-Samantha...
Jak urosłaś – powiedział. Ojciec. Po moich plecach przeszedł
nieprzyjemny dreszcz, serce przyspieszyło. Zerwałam się jak
poparzona i odbiegłam od stolika wychodząc przed kawiarenkę.
-Czego
ode mnie chcesz? - wykrzyknęłam unosząc ręce w górę i
powstrzymując się od płaczu.
-Posłuchaj
mnie...
-Nie!
Nie zamierzam cię słuchać – zrobiłam krok do tyłu. -Nigdy
więcej tu nie przychodź, ani do mojego domu, nie próbuj dzwonić,
pisać. Nie rób nic. Tak jak udawało ci się to przez ostatnie
osiem lat! - odwróciłam się i zaczęłam biec w stronę domu.
Słyszałam, że coś krzyczy, ale nie słyszałam co. A może po
prostu nie chciałam.
Gdy
tylko wpadłam do domu, rzuciłam wszystko na podłogę i usiadłam
na kanapie, musiałam ochłonąć. Usłyszałam dzwonek telefonu.
-Halo?
-Sam?
-Lucas...
Znowu go widziałam...
-Ale
wszystko dobrze? - zapytał z troską w głosie.
-Nie
do końca – westchnęłam.
-Zaraz
będę.
_________
Mam nadzieję, że rozdział choć odrobinę przypadł wam do gustu :)
Buziaki!
PS. Zostawcie jakieś komentarze!
PS. Zostawcie jakieś komentarze!